7 powodów, dla których nie warto czekać na wenę.

Czy Ty też czekasz na wenę?

Wena. Temat rzeka. No bo, kto o niej nie słyszał? Kto o niej nie marzył? Kto jej nie wychwalał pod niebiosa? Chyba każdy, a przynajmniej każdy z artystycznym zacięciem. Ale dzisiaj chcę Cię zapytać o coś dużo ważniejszego, czy Ty również czekasz na wenę?

Znam osoby, i to osoby z potencjałem, które popychają swoją twórczość w żółwim tempie do przodu. Różne są tego przyczyny i większość z tych przyczyn jest absolutnie na miejscu, życiowych, naturalnych wręcz, albo też wynikających z rotacji priorytetów – i mi nic do tego.

Ale kiedy przyczyną twórczej stagnacji jest czekanie na wenę – niestety – gotuje się we mnie na samą myśl o tym. Nie, żeby nigdy mi sięto nie zdarzyło – wręcz przeciwnie, mam na koncie w sumie kilka zmarnowanych lat – gdyby podsumować te wszystkie miesiące, kiedy czekałam aż.. no właśnie, aż wena spłynie na mnie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Błąd. Teraz to wiem i zaraz się tym z Tobą podzielę.

Czy wena nie jest cudowna?

Możesz zapytać, no ale co jest złego w tym, że chcę pracować pod wpływem weny? Przecież wena jest wspaniała, uskrzydlająca, dodaje energii, sprawia, że się chce, że czas się zatrzymuje, że pomysły szturmują umysł jak tornado, że wszystkie problemy i cały świat dookoła znika, jestem tylko ja i projekt, i to w takim zespoleniu, że właściwie nie ma nawet ja, jest tylko proces twórczy. Uniesienie, haj, flow, twórczy szał.

Zgadzam się. Też to uwielbiam, bo wena jest absolutnie cudowna. Bez dyskusji. Ma tylko jedną jedyną wadę: działa jak narkotyk. Uzależnia. Wprawia w poczucie, że bez niej życie jest bes sensu, a przynajmniej działanie jest bez sensu, bo idzie wolniej, topornie, czasami nie idzie wcale, bo nie ma „tego czegoś”, bo bez weny proces inaczej smakuje.

Podejrzewam, że diler weny miałby spore wzięcie i gruby portfel, bo wiele kreatywnych dusz jest na takim głodzie, że są w stanie naprawdę sporo oddać, byleby móc znowu poczuć jej smak. Myślę też, że stąd jest teraz taka moda na mowy motywacyjne i na wszystko, co związane z motywacją i inspiracją, bo wena jest własnie mieszanką tych dwóch składników.

Tylko proszę nie łudź się, że taka mowa motywacyjna, inspirujący wpis czy filmik, to jakieś czary-mary. Po prostu – podnoszą Ci poziom endorfin i adrenaliny, to jest chemia, realne substancje w organiźmie, których poziom podnosi się też w innych sytuacjach, albo… po innych używkach.

A żeby zniechęcić Cię, do uzależniania swoich działań od weny, powiem Ci teraz co się dzieje w Twoim życiu, kiedy czekasz na wenę, a ona nie przychodzi, albo przychodzi szalenie rzadko:

1. Tracisz czas.

Dużo czasu. Wyobraź sobie ile można zrobić, jaką lwią część projektu popchnąć do przodu nie czekając na cud weny? Nie wiesz? Nie próbowałeś? Powiem Ci – większość. Mało tego, większość wspaniałych dzieł sztuki czy przedsięwzięć wymagających w jakimś stopniu kreatywności (a które nie wymagają?:) powstawały w dużej mierze w pocie czoła i podczas mozolnej pracy, tylko chwilami przerywanej dotknięciem weny.

2. Tracisz pomysł.

I teraz możesz się zdziwić, no bo jak to tak? Nikomu o nim nie powiem i poczeka na półce, jak trzeba to nawet dekadę, albo dwie, aż ja się nim zajmę. Tylko, że skoro ten pomysł masz dziś, to znaczy, że dzisiaj jest dla Ciebie ważny, ale nie masz pewności czy za rok, dwa, pięć, a nawet za tydzień! nadal będzie dla Ciebie na tyle ważny, aby poświęcić mu energię i czas. Zmieniamy się, a wraz z nami upodobania, nastroje, marzenia, chęci. A druga strona medalu jest taka… że ktoś może wpaść na podobny pomysł i go zrealizować. A Tobie pozostanie jedynie przyznanie ze smutkiem, że mógłbyś być na jego miejscu.

3. Uczysz się… bierności.

Budujesz kiepski nawyk, że to, czy działasz czy nie – nie zależy od Ciebie, tylko od czynników zewnętrznych – tu boskiej iskry, która ma Cię uderzyć jak grom z jasnego nieba.

4. Nie bierzesz odpowiedzialności za swoje dzieła/swoją twórczość.

No bo, to nie Twoja wina, że projekt jest nieskończony, wena nie przyszła, masz związane ręce. Klasyczne wejście w rolę ofiary.

5. Obniża się Twoja samoocena.

Bo kiedyś przy kawie opowiedziałeś o swoim super duper zajebistym projekcie jakiemuś koledze na piwie, mija rok, on pyta jak Ci idzie, a Tobie nie idzie. I mimo, że to nie Twoja wina – tylko weny (ha ha ha) to w głębi duszy wiesz, i on też wie – że po prostu nie chce Ci się ruszyć dupy.

6. Tracisz zaufanie do siebie.

Gdy lata posuchy przedłużają się, przestajesz wierzyć w swój twórczy potencjał, że jeszcze kiedyś uda Ci się coś stworzyć, że wciąż masz w sobie „to coś”. Odrzucasz z marszu pomysły, które Cię nawiedzają, bo przestajesz sobie ufać, że będziesz w stanie je zrealizować.

7. Męczysz się.

Tak! Można nic nie robić i cholernie się tym zmęczyć! Mielisz w głowie, co chcesz zrobić, ale sabotujesz się, że bez weny nie wyjdzie, albo nie będzie na tyle zajebiste, żeby w ogóle się za to zabrać. A gdy porzychodzi wena, lecisz na tym haju tylko po to, żeby za chwilę opaść z połamanymi skrzydłami, bo przecież wena Cię opuściła i wszystko na marne, cała praca bez sensu, bo trzeba potężnej ilości energii, żeby wejść w porzucony projekt.

Okej, ale co z tym zrobić?

  • Usiądź i zacznij robić.
  • Pokaż wenie, że masz ją gdzieś, że Twój projekt jest zbyt zajebisty, żeby skazywać go na stagnację tylko dlatego, że ta wredna wena poszła w tango i nie wraca.
  • Pokaż jej, a tak naprawdę sobie, że dasz radę bez niej.
  • Spróbuj. Nie zniechęcaj się wynikami, pomyśl, że zawsze lepiej zrobić coś kiepsko i potem poprawić, albo chociaż nauczyć się jak zrobić to lepiej następnym razem.
  • Znajdź chociaż szczyptę frajdy w tym, co robisz, nawet jeśli Twój stan jest daleki od motyli w brzuchu.

Powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *